"Hejty na fejsie" to rykoszet na porażający wulgaryzm i brak jakichkolwiek zahamowań, jaki pojawiał się w ostatnich tygodniach w Internecie. Autorzy mikrobloga uderzają w sedno: „Hejty firmujesz własną twarzą (…) Czasem ktoś zestawi Twój pieczołowicie budowany selfikami wizerunek spoko ziomka, grzecznej dziewczynki, wesołego 10-latka, statecznej matki, ambitnego studenta zagranicznej uczelni, kumpelki-twardzielki, opiekuńczego ojca itp. z Twoimi wpisami przepełnionymi nienawiścią”.
Założony blog bezrefleksyjnie publikuje wizerunki hejterów wraz z ich komentarzami zamieszczonymi w sieci. Także dzieci!
To, co można tam zobaczyć jest przerażające. Nie tylko ze względu na poziom treści, ale przede wszystkim na to, kto kryje się po drugiej stronie klawiatury - to przekrój naszego społeczeństwa. Tacy jesteśmy.
W internetowym hejcie zaskakuje absolutny brak wyobraźni piszących. Zachowują się, jakby ich internetowe życie było całkowicie oderwane od rzeczywistości, a przecież mamy dość przykładów na to, że niewłaściwy komentarz zamieszczony w sieci może skutecznie utrudnić zdobycie wymarzonej posady lub wręcz być końcem kariery zawodowej. Wizerunek w sieci i w życiu musi być spójny, w przeciwnym wypadku człowiek traci wiarygodność.
Na forach branżowych social media zdania na ten temat są podzielone. Jedno jest pewne: to poważny problem, a w Polsce mamy pierwszą ofiarę śmiertelną niekontrolowanego i niezrozumiałego ataku nienawiści. Daleko mi do cenzurowania Internetu, jednak widzę potrzebę powstrzymania fali agresji, która przelewa się przez sieć. Nie mam złudzeń - to długa droga. Może pokazywanie w sieci zdjęć hejterów i konsekwencje wizerunkowe, które poniosą, sprawi, że hejt przestanie się opłacać. Taki jest pewnie zamysł twórcy strony. Bo jeśli nie reagujemy, to dajemy milczące przyzwolenie kolejnym. Tylko jak postępować z dziećmi? To, że same łatwo poddają się wpływowi i obrażają innych, nie oznacza, że poradzą sobie z efektem odwrócenia. To budzi moją wątpliwość. Ogromną. To budzi mój sprzeciw.
