Rozmowa o Polsce, czyli Error 404

Gdy tylko usłyszałam o debacie dwóch liderek wiodących partii politycznych miałam uczucie graniczące z pewnością, że nie będzie to walka na argumenty, a walka na emocje. I miałam rację.

Dziennikarze zadali kilkanaście pytań, niestety na część z nich nie usłyszeliśmy konkretnej odpowiedzi. Obie kandydatki, chociaż dobrze przygotowane, mówiły wyuczonymi kwestiami, ustalonymi wcześniej formułkami często recytowanymi bez zastanowienia.
Trudno tu odnaleźć tak ważny element silnej marki jak autentyczność.


Oczywiście, debata nie była najważniejsza dla ludzi, którzy mają wyrobione polityczne zdanie. Adresatami była grupa niezdecydowanych osób, które na co dzień nie interesują się polityką. Za późno już, by ich przekonywać merytoryką, dlatego tak ważne było WRAŻENIE, jakie zrobią obie kandydatki. Odpowiedni dobór słów, dobra dykcja, głos, gesty mogą dodać wiarygodności. A wzbudzenie ciekawości słuchaczy to już sztuka.
Cóż, wrażenie po obu stronach było, delikatnie mówiąc, mało zachęcające.

Źle zaczęła Beata Szydło zwracając się do Ewy Kopacz per „pani przewodnicząca”.
Oceniam to nie jako zrównanie rozmówców, ale jako celowe obniżenie rangi szefowej rządu. Ewa Kopacz nie wykorzystała tego, a mogła pójść tą drogą i jednorazowo użyć formuły "pani wiceprezes" by zwrócić uwagę widzów na niestosowność takiego tytułowania.

Niestety, po dobrym, pod względem emocjonalnym początku, nastąpiła równia pochyła i zjeżdżać nią zaczęła przede wszystkim Pani Ewa Kopacz. W absolutnie każdej sferze życia przerywanie swojemu rozmówcy jest rzeczą niekulturalną.
Próba wchodzenia Pani Beacie Szydło w słowo pokazało, jak bardzo Ewa Kopacz jest zdenerwowana i nie potrafi utrzymać tych emocji w sobie.

Zwróciłam uwagę, że Ewa Kopacz nie patrzyła w kamerę, w przeciwieństwie do Beaty Szydło, która każdą swoją wypowiedź zaczynała słowami „Szanowni Państwo”. To był dobry zabieg, który pokazuje, że to właśnie prezes PiS zrozumiała, jaki jest faktyczny cel debaty - zdobycie głosów niezdecydowanych wyborców i to właśnie do nich Beata Szydło mówiła.

Finał debaty również niekorzystny dla obecnej szefowej rządu. Przemówienie Beaty Szydło, chociaż wyuczone na pamięć, wyrecytowane, było spójne i zwięzłe. Zabieg z teczką ustaw na 100 dni, przez niektórych wyśmiany, w mojej ocenie całkiem dobry, przyciągnął uwagę. Właściwie można powiedzieć, że był to jeden z niewielu konkretów, które zobaczyliśmy podczas debaty.
Z kolei przemówienie finałowe Ewy Kopacz było kompletnie chaotyczne. Widać było, że z tej energii, o której wspominała kilka dni temu, niewiele jej zostało. Mowa zakończona "błaganiem" o głosy, nie bójmy się tego powiedzieć, była po prostu słaba.

Jeśli debata miała przekonać niezdecydowanych, to nie sądzę, żeby spełniła tę funkcję. Jeśli obie kandydatki chciały przekonać niezdecydowanych do siebie i swoich programów - mam duże wątpliwości, czy osiągnęły swoje cele.
Trwa ładowanie komentarzy...